Od tego pytania klasa językowa, czyli
1d, rozpoczęła bezpłatną dwulekcyjną egzotyczną przygodę z Turcją i
językiem angielskim. Czy po tych warsztatach możemy odpowiedzieć na pytanie
zawarte w temacie „yes, of course”?. To już sprawdzą nasze anglistki i nie tylko one, jak się okazało.
Już od
pierwszych chwil spotkanie z rodowitym Turkiem, panem Emirem wywołało wiele
pozytywnych emocji. Przywitał nas szerokim uśmiechem i tradycyjnym
pozdrowieniem „Hi”, czym zaskarbił sobie sympatię trudnych przeciwników, jakim
jest klasa rwących się do mówienia młodych dziennikarzy. Jednak kiedy przyszło
co do czego okazało się, że przegadanie naszego gościa będzie wyzwaniem. Po
pierwsze pan Emir sam mówił bardzo dużo, a po drugie dzieliła nas bariera
językowa. Mimo co najmniej 7 lat nauki języka angielskiego i zaliczeniu wielu
testów, z początku potrafiliśmy wydusić z siebie słowo „yes” i zaśmiać
się. Cóż za bogate słownictwo, prawda? Ale to były tylko trudne początki. Potem
ku zadowoleniu pani Terzis udało się wykorzystać pracowicie zdobywane
słownictwo i formy gramatyczne do zadawania pytań o ojczyznę naszego
wykładowcy. Pan Emir dość szczegółowo opisał nam Turcję. Okazało się, że jest
to raj dla turystów ze względu na liczne perły architektury oraz urodziwe plaże
i kraj pełen ciekawostek. Wywodzą się z niego korzenie wielkich ludzi, np.
twórcy słynnego telefonu z jabłkiem na obudowie. Dowiedzieliśmy się również, że
Turcy nie żywią się jedynie kebabem. Potrafią wyczarować słodkie cuda, np.
chałwę i galaretki oraz uwielbiają herbatę, którą zawsze częstują swoich gości.
Pomiędzy zdaniami tego niezwykle ciekawego wykładu pan Emir postanowił
wzbogacić nasz słownik o kilka podstawowych zwrotów z języka tureckiego, co
akurat było szybkie, łatwe i przyjemne. Gorzej już było z tureckim łamańcem
językowym, ale że uczniowie naszego gimnazjum mają zdolności do nauki języków
obcych, poradziliśmy sobie i z tym. W ramach zemsty nasz gość musiał
wypowiedzieć słynne zdanie o chrząszczu ze Szczebrzeszyna. O dziwo dał radę, bo
język polski nie był mu zupełnie obcy. Doskonale władał również zwrotami
„masakra” oraz „cisza!” (no tak, przy rozgadanych dziennikarzach to podstawa),
ale też słowem „dobrze”(czyli jednak nie jest źle).
W ten sposób
upłynęła nam pierwsza godzina zajęć. Na drugiej lekcji przeszliśmy do tego, co
dzieci lubią najbardziej, czyli gier i zabaw, mających na celu rozwinięcie
naszych zdolności językowych i nie tylko. Gry, np. „Saimon says” czy
„Stop-move” polegały najczęściej na wykonywaniu odwrotnie poleceń pana Emira lub
na wykonywaniu poleceń kolegów i koleżanek. W sumie dzień jak co dzień- po
prostu musieliśmy być niegrzeczni, tylko że „po angielsku”. Śmiechu było co nie
miara i przy okazji udało nam się rozwinąć wiele umiejętności, które przydadzą
się na angielskim i na w-f.
Niestety,
wszystko, co dobre szybko się kończy. Po 2 lekcjach pełnych śmiechu i
zdobywania cennych doświadczeń trzeba było wrócić do nudnych, szkolnych
obowiązków. Po przybiciu „piątki” z naszym gościem z żalem opuściliśmy salę.
Zaraz po tym na korytarzu rozpoczęły się dyskusje dotyczące tych warsztatów.
Wyciągnęliśmy z nich kilka wniosków. Po pierwsze ten angielski to się jednak w
życiu codziennym przydaje. Po drugie, gdyby tak wyglądały lekcje angielskiego i
niemieckiego, to mielibyśmy z nich same 6 i wygrywalibyśmy olimpiady językowe.
Po trzecie okazało się, że nie trzeba pieniędzy, aby się czegoś nauczyć i
dobrze się bawić. Jedyne koszty, jakie ewentualnie poniesiemy, to te związane z
nauką języka: zeszyt, długopis, podręcznik, dobry nauczyciel i mnóstwo
cierpliwości.
Weronika Domczewska
Weronika Domczewska

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz